
Wydawnictwo: Ultimae Records
Rok wydania: 2003
01. Aftermath #01
02. Aftermath #02
03. Aftermath #03
04. Aftermath #04
05. Aftermath #05
06. Aftermath #06
07. Aftermath #07
"Aftermath" (z podtytułem "Archives Of Peace") jest pierwszym limitowanym wydaniem labela Ultimae Records. Ukazało się jedynie 300 kopii tego albumu. Twórcą wydawnictwa jak i projektu Aes Dana jest Vincent Villuis, któremu czasem pomaga Mahiane - jednakowoż jej udział w tym akurat przedsięwzięciu jest dość skromny (współtworzyła tylko track piąty). Twórczo pojawiła się również gościnnie dwójka innych muzyków: znany z fachowego masteringu Huby Sea (na tracku szóstym) i wokalistka Pascale Auffret (na drugim tracku)... "Aftermath" to drugi krążek Aes Dany. Debiutancki album Vincenta - "Season 5" - to rozkosz dla słuchu: cudowna kompilacja narkotycznych melodii oraz relaksującej rytmiki. "Aftermath" to również cudowny album. Do takiego wniosku dochodzi się na końcu, zacznijmy więc od początku i skupmy się równomiernie i na technikaliach i na emocjach.
Track pierwszy zawiera niepokojący pad przechodzący w chór - piękne to. W tle od początku do środkowej części ćwierkają ptaki. Głęboki niepokój i strach. Cudny ambient. W tracku drugim mamy już dobrze znany z "Season 5" styl Aes Dany. Jest żwawiej, jest więcej dźwięków, ale to nadal ambient. Track trzeci rozpoczyna się padem o optymistycznym wydźwięku. Wędrówka kompozycji wkracza jednak na pola melancholii, zadumy. Także i tu mamy charakterystyczne aesdanowe motywy. Jest to wspaniałość. Po raz pierwszy kick wchodzi właśnie na tej ścieżce. Track czwarty jest natomiast niezwykle harmonijny, niezwykle błogi. W reverbowej palecie mamy tu chór. Track piąty eksponuje melodystykę przepełnioną goryczą. Ze spraw technicznych mamy downtempowy kick na 4/4 oraz wariacje z nieregularną perkusją i echem. Track szósty to po prostu bezgraniczny spokój, statyczność. W tracku siódmym, już ostatnim na tym albumie, przez zdecydowaną większość czasu prym wiedzie piękna, ale bardzo smutna - wręcz gloryfikująca emocjonalną depresję - linia fortepianu. Przepełniona goryczą doskonale sprawdza się w kontekście poprzednich emocji, co więcej - jest najczystszą emanacją atmosfery "Aftermath". Nie będzie kłamstwem stwierdzenie, iż fortepian zakolorowany pogłosem to jedyny aktor tego utworu. Gwoli ścisłości: jedynie na początku i końcu docierają do nas typowo ambientowe, choć kreujące "chaos", dźwięki. A prócz tego - fortepian właśnie.
"Aftermath" jest świetnym krążkiem. Wydaje mi się, iż nie ma tu utworu, który można by wskazać jako "danie główne", chociaż nieprawdopodobną charyzmą cechuje się fortepianowy track siódmy. Całość niestety trwa tylko nieco ponad 40 minut, acz są to minuty bardzo treściwe. Na "Aftermath" mamy horyzontalny przegląd odcieni formy Aes Dany. Bo jest i czysty ambient i pełnoprawne downtempo, morning trance. Jedynie treść jest stała i niezmienna: jesienna emocjonalność. Smutna i piękna zarazem. Fascynujący, nieprzemijający album.

RB, marzec 2007
|