
Wydawnictwo: Nephilim Records
Rok wydania: 2000
01. Angel Z Alpha
02. Nanocycle
03. Space Echo
04. Mind Cluster
05. Nuclear Tide
06. Magnificent Desolation
07. Universal Oscillator
08. Atomic Mantra
Distortion Orchestra to jednoosobowy team z niemieckiej stajni Nephilim: Judson J. Eiloart to właśnie kompozytor "The Shape Of Things To Come", albumu nagranego latem i następnie zmasterowanego zimą 1999 roku. Muzyka wywodząca się z Nephilim jest bardzo osobliwa: niekiedy potrafi zaskoczyć kunsztem klimatu, ale też technicznie nigdy nie aspiruje do miana nawet średnio udanych. Recenzowany krążek nie odstaje od tego wizerunku nawet aż tak bardzo.
Pierwszym trackiem jest "Angel Z Alpha" - utwór posiadający doskonały, ambientowy wstęp przechodzący w przestrzenne chóry. Od 2:39 rozpoczyna się jednak inna bajka. Po fatalnym przejściu na grunt bassu, hi-hatsów i kicków jest w sumie sztywno jak na pierwszym spotkaniu w sprawie o pracę. Główna melodia tej kompozycji jest jednym słowem beznadziejna - mnie osobiście żenuje i powoduje chęć, już na tym początkowym etapie odsłuchiwania płyty, zakończenia współpracy mojego umysłu z dokonaniami Judsona... Wielka szkoda, bo bez tego wspomnianego motywu przewodniego byłoby nawet dobrze z tym trackiem. W końcówce z kolei panują nudy - sztucznie przedłużono ten utwór o całe trzy minuty. Tragedia... Następnie mamy "Nanocycle", który przywrócił nadzieje w przeciętność albumu. Akcję rozpoczyna - bardzo prosty, acz fenomenalny moim zdaniem - pulsujący bass. Utwór to robotyczny, nieodgadniony. Rozwija się powoli, ale to tutaj działa znakomicie. Z perspektywy czasu oceniam, iż to zdecydowanie najlepszy utwór na albumie razem z jeszcze jedną produkcją, do której opisu dojdę jeszcze w dalszej części. Natomiast długie intro utworu numer trzy przypomina start jakiegoś olbrzymiego pojazdu kosmicznego. W środku mamy papkę byle jakich melodii i powracających dźwięków ze startu utworu. Beznadzieja. Dobry początek zapowiada niestety niedobre (jak się miało okazać) rozwinięcie utworu "Mind Cluster". W aspekcie "bassu" mamy coś statycznego, co bassem - przynajmniej poprawnym - naprawdę trudno nazwać; za to końcowe pady są klimatyczne, jak na Nephilim przystało.
"Nuclear Tide" - tym razem zwrot ku goa. Przyjemnie jest dopiero od 2:34, bo od tego momentu z coraz większą mocą buzuje melodyjny motyw (jedyny na dobrym poziomie z całego albumu), a gdy się kończy i pałeczkę lidera przejmują inne melodie to znowu powracamy do marnego poziomu... Track szósty to znowu goa! Ale teraz nawet lepsze od poprzednika. Optymistyczny, przyjazny klimat w porównanu z wcześniejszymi nudnymi "mrokami" wychodzi na dużą zaletę w przypadku tego utworu. Ściszana końcówka zadziwiająco dobrze się wpasowała w atmosferę ogółu. "Magnificent Desolation" razem z "Nano Cycle" to ewidentni liderzy tej płyty. Cechy charakterystyczne utworu już przedostatniego - "Universal Oscillator" - to doskonałe chórowe pady i mechaniczny bass. Reszta na same minusy. Trudno dostrzec zalety, jeśli ich nie ma. Ostatni utwór z kolei także ma świetny wstęp: orientalny, a potem w asyście bardzo klimatycznych pytań ("Where is the beginning?", "Where is the universe end?") przełączający się w astronomiczny psytrance - to jest znakomite! Klimat niszczy bass - tym razem styl nephilimowski nie pasuje w ogóle. Ale totalnie wszystko niszczy jak bomba atomowa zrzucona na Hiroszimę i Nagasaki późniejszy główny motyw: żałosna, totalnie niewiarygodne beznadziejna melodia... W dodatku irytująco skacząca z lewego na prawy głośnik i odwrotnie... Koniec albumu...
Reasumując powiem tak, że o ile chwile ambientowe są na albumie "The Shape Of Things To Come" bardzo dobre, a po doszlifowaniu mogłyby być nawet świetne, to warstwa psytrance'owa zawodzi w prawie każdym aspekcie. Smutne to, ale prawdziwe - możecie się w każdym bądź razie sami przekonać nabywając ten krążek, do czego was z całego serca nie namawiam.

RB, marzec 2006
|