
Wydawnictwo: Spirit Zone Recordings
Rok wydania: 1995
01. One Love
02. Out Of Time
03. Orange Night
04. Galaxia
05. Equilibrio
06. Electronic Pulsation
07. Virtual Landscape
08. Visiting Venus
09. Nexus
Niekiedy jest tak, że jeden utwór tak zapada w pamięć, taki ma blask, że zaćmiewa swe otoczenie, nie tylko te najbliższe, może to być też otoczenie dalekie. W 1996 roku sytuacja taka nastąpiła w przypadku albumu "Let's Turn On" Doofa (Nicka Barbera). Utwór tytułowy tego krążka jest bez porównania lepszy od pozostałych tam zawartych, również od w ogóle wszystkich innych kompozycji tego artysty (choć, jak pamiętamy, powstała ta szczególna przy udziale też Simona Posforda); jako jedyny z nich stał się nieśmiertelną legendą goa. Tak samo jest z pierwszą płytą Borisa Blenna jako Electric Universe. Jego "One Love", wydany w 1995 roku, to na pewno album klasyczny, jednakże klasyczny głównie z uwagi na oślepiające dźwięki tytułowej kompozycji, która - podobnie jak w przytaczanym krążku Doofa - została zamieszczona na pierwszej ścieżce całej płyty. Gdyby tego utworu tu nie było, to śmiem twierdzić, że album w pamięci zostałby tylko dlatego, że stosunkowo bardzo niewiele płyt z muzyką goa było wówczas, w 1995 roku, wydanych.
Utwór "One Love" trwa ponad jedenaście minut. Już w pierwszym momencie pojawia się pętla melodii, która powtórzona w sumie chyba ponad sto razy, stała się znakiem rozpoznawczym tej kompozycji słusznie zaliczanej do grona klasyk całej historii muzyki goa. Melodia ta jest bardzo prosta, ale też bardzo wciągająca. Dodając do niej sprawną architekturę aranżacji - w tym też quasi-chórowe uzupełnienie głównej melodii o nutowej linii identycznej z tą melodią - mamy najwybitniejszą kompozycję w muzykografii Borisa Blenna. Gdy kilka lat temu pierwszy raz usłyszałem "One Love", prostota tego utworu i jego emanacja siłą goa wywarły na mnie bardzo duże wrażenie. Jedenaście minut mija szybko, chce się słuchać jeszcze raz, i jeszcze kolejny, nim przystąpi się do słuchania kolejnych tracków... Następnie mamy na płycie sześć utworów równie uptempowych i na końcu dwa downtempowe. Tematyka wszystkich jest kosmiczna, ale żaden z nich nie dorównuje, nie zbliża się do poziomu utworu tytułowego, a nawet dopowiem szczerze, że poziom większej części nich jest tylko poprawny. Z utworów szybkich zwrócę uwagę tylko na "Virtual Landscape". Posiada on najlepszy model pięknego acidowego motywu (można go samotnego usłyszeć począwszy od 4:46), który - choć tworzy jedynie tło - zawsze jest udanym elementem muzyki goa wpływającym na kołysanie myśli czy ciała w takt ogólnego rytmu, powodując trans zadowolenia. Na uwagę zasługują też dwa ostatnie tracki - "Visiting Venus" oraz "Nexus" - gdyż są bardzo ładnymi chilloutowymi wizualizacjami. Pierwszy z nich to łagodna, optymistyczna, z uśmiechem w duszy prowadzona podróż, której tytuł doń jest adekwatny jak najbardziej. Drugi z nich wwierca w wyobraźnię swym bardzo wymownym głównym motywem jakiś rodzaj pozaziemskiej ekstazy (acz silna ekspresja tego motywu może wydawać się niekiedy natarczywa). "Visiting Venus" i "Nexus" to jedne z tych utworów, które stworzyły podwaliny pod wolniejszą stylistykę, która wyrosła kilka lat później na scenie, i która przybrała imię Psybient tudzież Psychill.
Album "One Love" to wydanie, któremu na pewno warto się przyjrzeć. Jego brzmienie, albo mówiąc szerzej: brzmienie Electric Universe, znacznie różni się od izraelskiego stylu. Największa różnica jest taka, że tu mamy większą monotonię jednej melodii; generalizując: jeden utwór to jedna melodia. I właśnie przez ten element - przez brak większego wyrafinowania, przez brak melodyjnej orkiestry właściwej dla Astral Projection czy MFG - nie potrafiłem osobiście nigdy zaliczyć Electric Universe do tego symbolicznego kręgu "najlepszych z najlepszych". Electric Universe miał swój styl. Ale nie na tyle dobry, by był zauważalną ekspozycją w muzeum - bo przecież z biegiem czasu wszystko trafi do muzeum, a wtedy przykuje uwagę np. niedzielnego wycieczkowicza po danej sztuce tylko coś rzeczywiście wyrafinowanego. To, że coś jest daną muzyką, brzmi jak dana muzyka, nie znaczy, że ma w tym muzeum być z dumą prezentowane. Jedyny wybitny walor tej płyty to kompozycja "One Love". Czy sama jego moc jest wystarczająca, by kogoś przekonać do całej muzyki goa? Nie wiem... Wiem jedynie, że jeśli ktoś prezentuje bardzo wysoki poziom w jednej pracy, to ja tego poziomu pragnę w jego innych pracach.

RB, marzec 2008