
Wydawnictwo: Chillcode Music
Rok wydania: 2006
01. Midnight Eyes
02. Sideways
03. Golden Cap
04. Zero Plus
05. Kashmir Day Trip
06. The Solution Machine
07. Absphinx
08. Secret Tongues
09. Ju
Tuż przed wakacjami ukazała się czwarta, bardzo oczekiwana płyta duetu z Entheogenic. Helmut Glavar oraz Piers Oak-Rhind na albumie "Golden Cap" nie zmienili znacznie swojego stylu, ale lekko zmodyfikowali go w stronę większego kontaktu z klasycznym brzmieniem world music. Znawcom tematu nie muszę na pewno przypominać, iż poprzednie krążki austriacko-angielskiego duetu tworzącego we Francji, to orzeźwiające duszę psybientowe napoje. "Entheogenic", "Spontaenous Illumination", "Dialogue Of The Spekaers" - każdy album Entheogenic to wielkie wydarzenie we wszechświecie chilloutu. Także "Golden Cap" jest takim wydarzeniem, a dlaczego? W zasadzie odpowiedziałem na to pytanie już w drugim zdaniu tej recenzji. Należy jednakowoż ową myśl rozwinąć. Dotychczas mieliśmy do czynienia głównie z psychedeliczną muzyką tej grupy. Teraz postanowiła ona sprawdzić się w nowej stylistyce. Nadszedł czas na ewolucję. W zasadzie - pierwszą ewolucję stylu w dziejach Entheogenic. Z perspektywy czasu "Entheogenic" i "Spontaneous Illumination" posiadają unikalne, ale dość jednolite, psychedeliczne brzmienie. Z kolei utwory duetu na "Dialogue Of The Speakers" były poniekąd przygotowaniem, budową gruntu pod nowy kontynent muzycznego świata tej grupy. I teraz tu jesteśmy. Otwórzmy oczy.
Tornadem świeżości był ich pierwszy album. Na "Golden Cap" mamy huragan. Dziwnie brzmią przeniesione wraz z tym huraganem stare motywy. Tego się nie spodziewałem. Prym w tym wiedzie track pierwszy, czyli "Midnight Eyes" - wręcz to remix utworu "Twilight Eyes" z płyty "Spontaneous Illumination", a nie nowy utwór. To samo można rzec o "Zero Plus" - to w zasadzie remix kompozycji "Beyond Zero" z krążka "Entheogenic". Ale będę bronił muzyków - słucha się tych nowych edycji cudownie, odczuwa się różnice w stosunku do pierwowzorów - mamy nowe motywy, które ładnie wpasowały się w entheogeniczną atmosferę. Ogólnie moje ulubione utwory z tego albumu to "Sideways" oraz "Ju". Pierwszy z tej dwójki zawiera najlepsze pomysły ewolucji. Psychedelia jest tu ograniczona do asystowania. Entheogenicy odnaleźli się i w takiej koncepcji. Fenomenalny to utwór. Zaś drugi ze wspomnianych tracków emanuje błogością. Ćwierkające ptaki i długa, wznosząco-opadająca, linia fortepianu tworzą entheogeniczny ogród. Co można powiedzieć o pozostałych utworach? Żaden z nich nie schodzi poniżej pewnego, stałego, ale wysokiego poziomu. Wielbiciele muzyki Entheogenic nie pogardzą na pewno żadnym z tych utworów. Gwarantuję to, bo sam jestem wielbicielem ich kunsztu.
Atmosfera "Golden Cap" jest spójna: optymistyczna, wiosenna, gloryfikująca pozytywne wartości. W kwestii technicznej zaś wydaje mi się, że album ten zawiera w sumie więcej wokali, niż jego poszczególni poprzednicy. Psychedeliczność perkusji została tu zminimalizowana. Pozostał charakterystyczny od zawsze: dźwięk bassu i melodii. Te drugie są nadal specyficznie zakręcone, acz też przeszły jakby na boczny tor, ustępując miejsca nowym pomysłom: też "melodyjnym". Powiedzmy, że jest to teraz chillout bez trance'u - jeśli trance'owa była owa melodystyka duetu... Ilekroć słucham tego albumu Helmuta i Piersa, tylekroć odkrywam go jakby na nowo. Jest w nim coś bardzo świeżego. Ów huragan może nie jest najsilniejszy, lecz trwa i trwa. Werdykt w takim wypadku może być tylko i wyłącznie jeden: doskonały album. Przyznaję na koniec, że podkolorowałem zmiany, jakie nastąpiły na płycie "Golden Cap" w odniesieniu do wcześniejszych krążków grupy - zwłaszcza w opisie stopnia psychedelizacji danych elementów, bo obiektywnie na to patrząc - psychedelii nadal jest dużo.

RB, grudzień 2006
|