Start Autor Kontakt
(aktualizacja tekstu: 06/06/07) INDOOR - PROGRESSIVE TRANCE
Indoor - Progressive Trance Wydawnictwo: Avatar Records
Rok wydania: 2004

01. Vertigo
02. Mad Horizon
03. Amora
04. Naxus
05. Sweet Coming Home
06. Sid
07. The Key
08. Camel
09. Shiva




Jest to jedyny album autorstwa Aviego Algranatiego, Ofera Dikovsky'ego oraz Marko Gorena; został on po raz pierwszy wydany w 1995 roku przez label NMC Music. Dziewiątka goa-tripów przywracających oldschoolowe wspomnienia? Niewątpliwie. Album "Progessive Trance" to klasyka: dosadna atmosfera i nienajlepsza - nie okłamujmy się: "nienajlepsza" to zbyt łagodne słowo - jakość dźwięków w połączeniu z fantastycznymi przeżyciami i warsztatem opanowanym w zakresie wysokim jak na owe czasy. Nie wiem, czy na dzisiejszym słuchaczu ta właśnie lekka archaizacja (a to tylko 10 lat) nie zrobi większego wrażenia, negatywnego oczywiście, aniżeli sugestywny pejzaż goa, którego po roku 2000 po prostu ze świecą szukać - w porównaniu z latami wcześniejszymi taka metafora chyba dobrze sytuację ukazuje. Więc jaki jest, zresztą mylnie, choć pewnie nieumyślnie (w kontekście stylu) nazwany "progresywnym", bo to stuprocentowe goa, jedyny album Indoor? Czy naprawdę jest to aż tak dobra płyta? Skądinąd wznowiona w 2004 roku przez izraelski Avatar Records edycja "Progressive Trance", właśnie w tym momencie recenzowana, jest reklamowana jako: "The All Time Trance Classic". Moim zdaniem tym razem slogan reklamowy jest bliski prawdy, lecz przed ostatecznym werdyktem przyjrzyjmy się jeszcze szczegółom.

#01. Początkowe sekundy bardzo klimatyczne; po kilku chwilach zostają otwarte drzwi do trance'u (a to już moja sugestia), choć sampel raczej każe mówić o zamkniętych drzwiach - ale niech będą otwarte, to będzie chyba alegoria nazwy grupy - Indoor. Melodie sprawiają pozytywne wrażenie, zaskakują. O ile przez dwie pierwsze minuty tego utworu raczej brak jest takiej o jaką wszystkim chodzi, to potem zostajemy wynagrodzeni za cierpliwość sporą dawką astralnych uniesień. Emocjonalnie przedstawia się nam od strony nostalgicznej - czyli wiodącego na tym albumie uczucia, ale prawdziwe hiperkilery dopiero przed nami. Nie oznacza to, że ten takowy nie jest, po prostu są jeszcze lepsze od znakomitych.

#02. Track ten jest zdecydowanie bardziej pogodny, chwilami nawet bardzo radosny, mnie to nie przeszkadza, gdyż otoczka głównego motywu nie zasypuje gruszek w popiele - niczym jak w twórczości Astral Projection. Końcowa melodia z kolei przywodzi na myśl "No One Ever Dreams" tej grupy. To, co nie do końca mi odpowiada, nie tylko w tym nagraniu, ale w ogóle w trance'ie, to zbytnia rola snare'ów (tyczy się to w zasadzie tylko oldschoolowych pozycji): nie lubię momentów, gdy słychać tylko ten element, a tak tu jest przez parę sekund. W sumie utwór ten jest bardzo dobry, lecz gorszy od poprzednika.

#03. Zapewne niektórzy słyszeli utwór alter oblicza Indoor, czyli Inscape, o nazwie "Sedom" (pochodzi on z kompilacji "The Truth Of Communication"). "Amora" to jakby wcześniejsza wersja "Sedom": łatwo się daje zauważyć o wiele gorszą jakość dźwięków (chwilami nawet odczuwa się lekki szum!), a także zupełny brak wyśmienitej melodii z końca "Sedom". Szczerze mówiąc to myślałem, że w szeregu z innymi utworami z tego albumu ta wersja "zginie" - jednak nie, coś w niej jednak jest. Możliwe, że dzieje się tak z powodu tego, iż lekko zarchaizowana końcówka zgrywa się dobrze z resztą; jedynie boli fakt słabego finiszu utworu - ale mam tu na myśli tylko ostatnie sekundy. Brzmi to stanowczo zbyt prosto.

#04. Któż by się spodziewał, że kompozycja zaczynająca się od niepozornych kicków i wchodzących stopniowo dalej kolejnych elementów spowoduje wystrzał na orbitę? Kosmicznie nostalgiczna melodia jest bardzo prosta w swej budowie, lecz niesie ze sobą wprost niewyobrażalną energię, nie mówiąc już o tym, że gdy wchodzi drugi raz w rozległym akompaniamencie cudownych pętli zgranych z nią jak w najlepszych utworach z tej sfery muzyki to dojdziemy (a przynajmniej ja doszedłem) do konkluzji, iż utwór ten tworzy jedną z najlepiej opowiedzianych historii z dziedziny goa - rocznik 1995! Nostalgia... Cudowne tego emocjonalne oblicze znajdziemy jeszcze raz na tym albumie.

#05. Rzadko się zdarza, bym miał zastrzeżenia co do kolejności utworów, ale niestety w tym miejscu ten utwór nie pasuje: jest zbyt optymistyczny. Może pasowałoby go umieścić na koniec albo początek, ale nie tu. Ogólnie jednak jest to bardzo dobry utwór w słonecznej aurze. Melodie są tu może i przesłodzone, ale coś w nich jest i to mi się na tym albumie niezmiernie podoba. Znakomity początek wiosennego lub letniego dnia z tą kompozycją to naturalna kolej rzeczy w goa świecie.

#06. Tym razem kompletna noc, mrok, niepokój i agresja. Kolejność utworów to największa bolączka tego albumu... "Sid" w zasadzie zamyka się w tych emocjach, które przytoczyłem na początku, nie jest to jednak kosmiczny (chodzi o klimat) utwór, raczej ziemski: Ziemia, noc, skraj lasu - lasu, do którego boimy się w samotności wejść... Kolejny bardzo dobry utwór. Najlepsze jest to, że na tym albumie gorszych, aniżeli właśnie bardzo dobrych nagrań, nie ma.

#07. I mamy kolejny bardzo dobry utwór, chwilami przypominający niektóre momenty albumu "Helium" francuskiej grupy Transwave. Nie mogę się tu do niczego przyczepić, poszczególne aspekty są w najgorszym wypadku tylko dobre. Goa pod tym względem zawsze (zawsze? tylko do roku 2000 niestety) będzie rządzić w rękach geniuszy typu Avi, Ofer i Marko.

#08. Przedostatni utwór jest pogodny, to już trzeci utwór tego typu na albumie. Bardzo dobra kompozycja. Bez zastrzeżeń, bo jakie mogę mieć? Oczywiście, nie przepadam za zbyt radosną (czyt. infantylną) atmosferą, aczkolwiek jeśli coś ma "coś" to milknie mój gust jak uciszone dziecko. Gwoli ścisłości: znajdziemy też w tym tracku melodie jak najbardziej nieradosne, wydźwięk jest jednak głównie pozytywny.

#09. Dochodzimy do końca - "Shiva" jest właśnie drugim hiperkilerem, który odwraca uwagę od wszystkiego. Ale od początku: pierwsze chwile to melodia już wskazująca na spożycie dużej ilości nostalgii, która się jeszcze jej odbije w "le grande finale" tego tracka, gdy wszystko powoli ucicha w piątej minucie to czujemy się jak w ściszeniu emocji przed finałem z "People Can Fly" autorstwa Astral Projection, potem cudowne sekundy i minuty z chórami jak z "Angelic Particle" od Hallucinogena, melodia się dopełnia, coraz donośniejsze są snare'y i wystrzał w orbitę w okolicach siódmej minuty - pierwszy raz słuchając tej kompozycji czułem się jak w analogicznym momencie w "People Can Fly". Szkoda, że tylko za pierwszym razem, ale to i tak znakomity utwór.

Moje ulubione kompozycje z tego albumu to "Naxus" i "Shiva" i jestem niezmiernie szczęśliwy, że trwają one po prawie dziesięć minut. Reszta wypada co najmniej bardzo okazale, co zaznaczałem w kolejnych wywodach. Są minusy: jak zła kolejność utworów (chyba każdy będzie na to narzekał), niska jakość masteringu (czasem słychać piski, szumy, świsty)... Ale to wszystko ginie w obliczu tak wspaniałego albumu: pełnego różnorodnych emocji (co może nie do końca z kolei zaznaczałem w tekście, głównie skupiając się na nostalgii oraz radości) i oczywiście melodii - prostych, czasem nawet bardzo. Co ciekawe krążek ten jest w ogóle bardzo różnorodny, jakby to była kompilacja z ówczesnych lat, a nie album; najłatwiej to dostrzec przysłuchując się bassowi. Ten z końcówki "Shivy" przywodzi na myśl "The Sleeper Must Awake" (utwór MFG + Astral Projection), ten początkowy z "Naxusa" kojarzy się z bassem zawartym na albumie Prany - "Geomantik". Mógłbym wyliczać, ale nie zapominajmy, że to właśnie album "Progressive Trance" wyszedł najwcześniej i jeśli już - to do niego należałoby porównywać. A to o czymś świadczy. Czy więc album ten jest świetny? Tak. Świetny to oldschool. Zylion melodyjnych loopów, chóry i rola perkusji sprowadzona do idealnej - nienachalnej i drugorzędnej, nadającej rytm, to mianownik prawie każdego z tracków tu zebranych, zaś każdego - emocje goa.

p.s. Byłbym zapomniał - na samym końcu "Shivy" drzwi zostają zamknięte. Chociaż pewnie zaraz ktoś je otworzy...

ocena 5/5
RB, 2005