
Wydawnictwo: BNE - Brand New Entertainment
Rok wydania: 2007
01. Becoming Insane
02. Artillery
03. Vicious Delicious
04. Heavyweight
05. Suliman
06. Forgive Me
07. Special Place
08. In Front Of Me
09. Eat It Raw
10. Change The Formality
11. Before
Swego czasu izraelski Infected Mushroom był jednym z moich trzech ukochanych dawców muzycznych wrażeń. Erez Aizen i Amit Duvdevani tworzyli niewyobrażalne. Po trzech albumach prezentujących najwyższy poziom psychedelic trance, przyszedł okres dużych eksperymentów. Wydawać by się mogło cztery lata temu, że tylko chwilowym eksperymentem będzie dwupłytowy "Converting Vegetarians", ich czwarty album, zawierający na drugiej płycie miks udziwnionych wokali i rześkiego aranżacyjnego połamańca kreujący w efekcie synth-popowy psybient. Tak się nie stało. Piąty album duetu pt. "IM The Supervisor" wkroczył na teren komercji z butą. Było niepoprawnie politycznie, ale nie było artyzmu. W tym momencie Izraelczycy stracili w moich oczach. Nagle. Spodziewałem się, że kolejny album Infected Mushroom może albo pognać jeszcze bardziej w kierunku komercji albo totalnie w kierunku komercji. Jak jest więc w rzeczywistości? Otóż w rzeczywistości jest dokładnie pośrodku między tą jedną a drugą opcją. Czyli jest źle. Dobrze mogło być, lecz jedynie w sferze marzeń, bowiem tylko tam artyści wracali do brzmień odkrywczych, do brzmień nowych tak, jak nowe było ich brzmienie na przełomie wieków. Teraz jednak też mają nowe brzmienie. Choć jest to brzmienie poddane ewolucji stylu "IM The Supervisor", to wyszedł z tego całkiem nowy styl, bardzo rzadko obecny wcześniej na gwałconej komercją scenie psytrance. Styl będący jednocześnie jawnym zaprzeczeniem i jawnym potwierdzeniem obecności przymiotnika "psychedelic" na ich szóstej płycie zatytułowanej "Vicious Delicious".
To, że Erez i Amit znają się na sferze produkcji i na każdym etapie tworzenia, od komponowania po mastering, wie każdy. Umiejętności duet ma, problem leży w ich ulokowaniu. Należę do konserwatywnej części miłośników psytrance'u. Wielbię stary dźwięk Infected Mushroom. Pewnie jednak więcej fanów duetu wielbi dźwięk teraźniejszy. W końcu popularność musiała się skądś wziąć. Wzięła się oczywiście od "IM The Supervisor", wszak to pierwszy album projektu wydany nie tylko w ich rodzimym BNE (właściwiej: YoYo Records), ale nawet za oceanem. Podobnie jest w przypadku "Vicious Delicious". Wydaje mi się, że z góry założono jego sukces, bo z góry wiadome było, co zostanie zawarte na płycie. Pierwotnie szósty album Infected Mushroom miał zostać wydany już 6. czerwca 2006 roku (sławetne 6/6/6), ale nie został wydany aż do marca 2007 roku. Powodem był ponoć problem z dystrybucją, reklamą, etc. Nie wnikam, gdyż mam swoją teorię na ten temat. A nawet dwie teorie. Pierwsza: duet miał przygotowany album, lecz był on za mało "komercyjny", więc BNE naciskało na zmiany. Druga teoria jest natomiast odwrotnością tej pierwszej: duet miał przygotowany album, który był za "komercyjny", więc BNE naciskało na zmiany. Oczywiście tylko i wyłącznie domniemuję. Być może kiedyś się dowiemy, jak było naprawdę. Pytanie nasuwa się jednak ważne: dlaczego premiera musiała zostać przesunięta aż o termin ciążowy - dziewięć miesięcy? Być może to zwykła sytuacja na innej scenie, lecz na scenie psytrance to pierwszy taki przypadek jaki znam, by z hukiem ogłoszono dokładną datę premiery, a potem od niej odstąpiono z enigmatycznych tak naprawdę względów. Bo czy problem z promocją przesuwa termin wydania aż o 3/4 roku?
Wiadomo jedno: nowe gwiazdy izraelskiej popkultury wzięły sobie do serca uwielbienie nowych fanów bardziej niż uwielbienie tych starych. Ta droga wydaje się już nie mieć bocznych uliczek, w które duet mógłby się udać. To droga prowadząca już prosto w jedno miejsce. Wiadomo w jakie. Niemniej czas ostudzić trochę te płomienne żale konserwatysty. Psychedeliczny "Vicious Delicious" jest. Jest również intrygujący. Ma nawet charyzmę. Ironia? Nie. "Vicious Delicious" intryguje z tej przyczyny, że już sam fakt pojawienia się nowej płyty Infected Mushroom jest wydarzeniem. Charyzmatyczny jest, gdyż duet zawsze, za każdym razem, prezentuje nowe spojrzenie na swą muzykę i tym przyciąga uwagę, uwagę wszystkich. Ustalili Izraelczycy na "The Gathering" swoją koncepcję, w której priorytet to z angielska "twisted". Zakręcony był to styl do "B.P. Empire" włącznie. Na kolejnych albumach zakręciło się już jednak... w głowach. Ten wszechogarniający "twisted" stawał się odpychająco już zakręcony. "Twisted" stawał się kiczem, bo stracił nad sobą kontrolę. Ów znak rozpoznawczy Infected Mushroom rozpierał swą własną koncepcję. Przyszedł czas na jednoznaczne zwycięstwo kiczu (ale na punkty, nie przez nokaut). Można taki stan zarzucić albumowi "IM The Supervisor", lecz tylko chwilami - tzn. miał on jeszcze niepodległą sferę psytrance'u, kicz (psytrance'owy pop) był niejako jego gościem, miał on tam swoją ambasadę mówiąc obrazowo. Albumowi "Vicious Delicious" można kiczowatość zarzucić całemu, bo choć ma on też czysto psytrance'owe tracki, to jest on tak naznaczony tandetą pozostałości, że mój wniosek jest taki, iż izraelski duet zamienił po prostu psychedeliczny trans na psychedeliczny kicz.
Czas przejść na horyzont poszczególnych tracków i bezwzględną ocenę ze steru statku mocno dbającego o wartości w psytrance'ie. Pierwszy utwór to "Becoming Insane", jest to kompozycja znana z wydanego miesiąc wcześniej singla pod tym samym tytułem. Psytrance'owe (choć używam ciągle tego określenia w tej recenzji nieco na wyrost) rozwiązania są, jak to tylko możliwe, charakterystyczne dla Infected Mushroom. Tu jest więc bardzo dobrze, bo dziś prawie każdy stracił swój trademark; patrz: Oforia, Space Cat i milion innych full-onowych projektów. I właśnie: Infected Mushroom nie jest stereotypowym full-onem! To wspaniała wiadomość, ale wspaniała byłaby jeszcze bardziej, gdyby duet nie zainfekował się komercyjnymi chwytami. Takie właśnie chwyty mamy już na "Becoming Insane". Wokal melodyzuje po hiszpańsku, co nadaje mu olbrzymiego kiczu, bowiem brzmi to w tym danym kontekście dziecinnie (jednak mamy na tracku też wokal anglojęzyczny i taki też apodyktycznie króluje na innych ścieżkach). Potem mamy gitarowe riffy tworzone na modłę rockową, ów iberyjski wokal i szybkie 4/4. Plus w tym tracku jest: cudowna melodia grana na jeszcze innej gitarze, akustycznej. Utwór drugi to "Artillery", a jest to poddany technicznej psychedeliczności... hip-hop. Wokal plus rockowe riffy dają wynik pozytywny na obecność kiczu w utworze. Zaś "ra-ta-ta-ta-ta" zapoczątkowana w 3:30 jest artystycznie beznadziejna, acz melodyjna. Cała kompozycja jest melodyjna, zwłaszcza refren. Przechodzimy dalej - do kompozycji tytułowej. "Vicious Delicious" jest psytrance'em. Co więcej, jest tu psychedelicznie jak za starych czasów. Acz za "stare czasy" uznaję w tym przypadku nie najbardziej pochlebne odniesienie, gdyż do pierwszej płyty z "Converting Vegetarians". Prawdę mówiąc, to tam nawet były psytrance'e lepsze. Track tytułowy jest przez większość czasu byle jaki jak na możliwości Infected Mushroom, jest obły, ale na szczęście ma chwilę rozkoszy: gdy melodie przed finałem są wynoszone w górę - brzmi to świetnie: euforycznie. Ostatnie pół minuty zawiera zakręcony w górę i w dół (nieustanna automatyzacja) wokal; żartobliwie ujmę to tak: jest niczym żywcem wyjęty z twórczości niemieckiego Scootera.
"Heavyweight" rozpoczyna się wyśmienicie. Nie trzeba naginać rzeczywistości, by stwierdzić w tym momencie, że to Infected Mushroom jakie się kocha. Do 3:14 jest bardzo przyjemnie: dźwięki się mutują, niezwykle płynnie dochodzą kolejne tematy. Gitarowe riffy, "solówki", zróżnicowana perkusja, "śliskie" acidy - tego jest na tej ścieżce więcej. Całość jest bardzo zróżnicowana (wkraczamy na 4/4, mamy ściszenia z elementami muzyki klasycznej) i jak już rzekłem: mutuje się. Przypomina pod względem budowy "Heavyweight" poniekąd utwór "Dancing With Kadafi" z krążka "B.P. Empire". Mój gust każe mi kochać ten track; według mnie to zdecydowanie najlepsza kompozycja albumu (dodam jeszcze, że to jedyny track na płycie trwający dłużej niż osiem minut). Na ścieżce piątej jest z kolei "Suliman", który zmienił się od czasu premiery na nieoficjalnym singlu wydanym jeszcze w 2006 roku - wersja albumowa jest technicznie wypolerowana i lśni teraz produkcyjną perfekcją, jak zresztą wszystkie utwory "Vicious Delicious". "Suliman" jest psytrance'em z - obowiązkowym elementem nowego wizerunku duetu - gitarowymi riffami. Utwór, jak na aprobujące komercję standardy płyty, jest dziełem psytrance'owym - jak track poprzedni - minimum bardzo dobrym. Następnie mamy "Forgive Me". Kiczowato zakręcony, zniekształcony wokal jest tu niestety obecny. Formuła tego utworu to formuła piosenki. I niestety tej piosence obleśnego kiczu wybaczyć się nie da. Jest optymistycznie i melodyjnie, ale to za mało, by pokochać "Forgive Me". Na ścieżce siódmej zawarty jest "Special Place". Psytrance. Psytrance z wokalem. Zabawne, że od chwili wejścia kicków na 4/4 i do momentu wkroczenia regularnego wokalu jest... nudno. Bardzo nudno. Wokal, tym razem przygotowany na modłę popu lat 80., dodał więc przynajmniej kolorytu tej hybrydzie psytrance'u z piosenką. Największy plus: klimatyczny, gotycki wstęp. Utworem ósmym jest "In Front Of Me". Tym razem duet zaproponował... balladę. Patetycznie, cukierkowo, żałośnie. Tempo tej piosenki jest, jak na balladę przystało, wolne. W częściach przyspieszających akcję dochodzi gitarowy riff. Potem jest załzawiony refren. "Eat It Raw" to z kolei drętwy psytrance ze sztucznym riffem i naturalnymi jak piersi Pameli trąbkami gdzieś tam w oddali. Przedostatnia ścieżka należy do podobnego utworu, do "Change The Formality". Tu na szczęście(!) jednak mamy wokal zmieniający twór z nudów w pozytywne szaleństwo. Muszę osobiście przyznać, że zawarty tu wokal (autorstwa Brandona McCullocha) najbardziej mi się podoba spośród wszystkich tzw. pełnoprawnych wokali w dziejach Infected Mushroom. "Before" to ostatni utwór krążka. Dochowuje on tradycji kiczowatości? Nie. Ale psytrance z tego niemrawy, klubowy, trochę bezbarwny. Plus? Emocjonalność melodii (sentymentalizm) adekwatna w sam raz na zakończenie. Przysiągłbym, że podobna melodystyka z fazy końcowej tego utworu już w twórczości Infected Mushroom się wcześniej pojawiła.
Na płycie mamy techniczną psychedeliczność (na co nieraz zwracałem uwagę) w proporcji odwrotnej do narkotycznej psychedeliczności. Być może ktoś uzna stylistykę "Vicious Delicious" za nowatorską w pozytywnym sensie, bez ironii. Bo można: jest połączenie technicznej psychedelii z nurtami "prozachodnimi" (patrz: hip-hop, pop). Z mojej perspektywy jednak jest to album pływający w morzu kiczu. W pewnym momencie pisania tej recenzji zastanowiłem się jednak: czy ja naprawdę tak sądzę? Jakaś cząstka mnie, czująca uwielbienie do twórczości duetu za cztery pierwsze albumowe wydania, zdawała się mówić, że jest inaczej. Że mi się podoba. Tak też jest w rzeczywistości: "Vicious Delicious" to album, który słucha się przyjemnie, lecz haczyk jest taki, że słucha się przyjemnie tak, jak słucha się przyjemnie esencji kiczu, czyli polskiego disco polo. Disco polo opiera się tylko i wyłącznie na rytmach wpadających w ucho. Ot przyjemnie, nigdy boleśnie. Taki jest album "Vicious Delicious": przyjemny i lekki. Aranż jest dopieszczony do perfekcji, każdy dźwięk był pewnie przemyślany po stokroć, mastering osiagnął (juz po raz kolejny) zaszczyt perfekcji - ale to są już dziś banały; przede wszystkim zaś są tu motywy wokalne ultramelodyjne z typologii disco polo, a już na pewno z typologii dance. Zabrakło tego, czego zabrakło na "IM The Supervisor" i, częściowo (patrz: CD 1 - "Trance Side"), na "Converting Vegetarians": prawdziwych pomysłów. Bo nie jest prawdziwym pomysłem miks hip-hopu i psytrance'u - to pomysł pozorny, to pójście na łatwiznę z zapewnieniem sobie nabuzowanego konta w banku. Tylko, ze znów odezwał się mój konserwatywny głos. Głos miłośnika "prawdziwego" psychedelic trance, a że takiego na "Vicious Delicious" nie ma, to mamy definicję psychedelicznego kiczu właśnie: technicznę psychedelię z emocjami popu.
Powstało pytanie ostateczne: jak z brzmieniem "Vicious Delicious" odnieść się do estetyki full-onu? Moim zdaniem full-onem nie jest "Vicious Delicious", album duetu jest pewną hybrydą, ale za, typowy przynajmniej, full-on trudno go nazwać. Gardzę full-onem za jego emocjonalną pustkę, czy gardzę "Vicious Delicious"? To pytanie bardzo trudne. Z jednej strony bezpłciowy full-on, z drugiej strony psychedeliczny kicz. Mój sentyment do muzyki Infected Mushroom przemawia na korzyść tego drugiego. Dobry album.

RB, kwiecień 2007