Start Autor Kontakt
(aktualizacja tekstu: 06/06/07) Juno Reactor - Labirynth
Juno Reactor - Labirynth Wydawnictwo: Metropolis Records
Rok wydania: 2004

01. Conquistador Part 1
02. Conquistador Part 2
03. Giant
04. War Dogs
05. Mona Lisa Overdrive
06. Zwara
07. Mutant Message
08. Angels And Men
09. Navras




Aż cztery lata kazała czekać spragnionym wielbicielom etniczno-psychedelicznej magii na swój album ekipa Juno Reactor pod przewodnictwem Bena Watkinsa. Nie powiem, że do tych wielbicieli nie należę, bo należę, wręcz z fanatycznym usposobieniem - a jak wiadomo fanatycy widzą tylko to, co chcą widzieć. Co w przypadku tej recenzji odegra znaczną rolę - ostrzegam. Więc ja - kontemplujący przez lata z żywością niezwykłe kompozycje każdego wcześniejszego albumu (przypominam, że były to kolejno: "Transmissions", "Beyond The Infinity", "Bible Of Dreams", "Shango"; w dyskografii tego projektu była także "Luciana", ale tylko ten, kto ją poszukiwał wie, jak trudno ją znaleźć) dostałem niezły cios (prawy podbródkowy, a potem lewy sierpowy) od mych guru w aspekcie psytrance'u (wiem, jestem naiwny, bo liczyłem na powrót do korzeni). Bo takowego jest tutaj jak na przysłowiowe lekarstwo. Bez wątpienia muzyka Juno Reactor z każdym kolejnym albumem się rozwija - specjalnie mówię o płytach długogrających, bo czas między albumami "Shango" a "Labirynth" grupa umiliła sobie wydając single "Hotaka" oraz "Zwara", zresztą mamy na albumie utwór "Zwara".

Pierwsza część utworu "Conquistador" rozpoczyna album w sposób zdecydowanie najlepszy z najlepszych. Od pierwszej sekundy przenosimy się w znany świat Juno Reactor bez żadnych problemów. Początek bardzo prosty, ale dla mnie jeden z najpiękniejszych, jakie usłyszałem w całym swoim życiu! To jest po prostu wybitne - jak zresztą cały utwór, w którym mamy też nieodgadnioną gitarę, świetny wokal, trochę też filmowych stringów; a w tle prawie cały czas ta niepowtarzalna melodia... Moim zdaniem to najlepsza kompozycja na tym albumie. Następnie mamy drugą partię tego utworu, która wchodzi bez żadnej przerwy, jest logiczną kontynuacją - w końcówce pierwszej części stopniowo dochodzą mocniejsze dźwięki. Natychmiast wzrasta dynamika, potem wchodzi klasyczny junoreactorowy syntezator, w tle męski tym razem wokal, mamy też gitarę i filharmoniczne stringi, nie mogło naturalnie zabraknąć etnicznych stukotów, a wszystko to oczywiście z regularnym kickiem. Całość ma agresywną formułę. Szczerze mówiąc, to nie jest to utwór odkrywczy, ma kilka wyśmienitych momentów, lecz jest wtórny. To wszystko w wykonaniu Juno Reactor już było. Utwór "Giant" rozpoczyna silnie zdistortionowany synth, wchodząca po chwili perkusja wykorzystuje rockowe brzmienia w tym zakresie. Oprócz tego mamy kobiecy wokal. Całość tworzy szaleństwo - szkoda, że trwającą zaledwie równe cztery minuty. Kolejny "War Dogs" rozpoczyna się bardzo pompatycznie, filmowo - po pierwszej minucie dochodzi do głosu tajemniczy wokal. Według mnie znów wtórnie, nie ma tu nowych pomysłów.

Piąty track o nazwie "Mona Lisa Overdrive" został wyprodukowany z orkiestrą pod przewodnictwem Dona Davisa. Co to oznacza: główną rolę odgrywają instrumenty filharmoniczne, za to perkusja i bass są typowe dla Juno Reactor. W 2:19 dochodzi kick na 4/4 i znany już z tego albumu ostry synth, perkusja została zrzucona na dalszy plan. "Zwara" to pójście na łatwiznę: byle jaki moim zdaniem wokal, tło znane - chociaż w słabej tutaj formie. Porażka jednym słowem. Ciekawy jest "Mutant Message". Wygląda jak krajobraz po wojnie nuklearnej: posępnie, nostalgicznie, schizofrenicznie. W pewnym momencie następuje kolejny atak zmutowanych ludzi walczących o cokolwiek... Dzieło zniszczenia się pogłębia. Fortepian tworzy fatalistyczny przegląd "dzieła" ludzi... "Angels And Men" to powrót do brzmienia ze spokojniej brzmiącej części albumu "Shango". Nie mogło zabraknąć nowej atmosfery Juno Reactor (filmowej oczywiście), jak i wokali. Znakomicie, ale to nieoczekiwanie jeszcze nie koniec! Zaraz wkracza matriksowy "Navras". Co tu można powiedzieć? Słucha się wspaniale, ale nie w tym momencie! Dlaczego został umieszczony na końcu?! Dość głupi błąd ze strony Juno Reactor - nie spodziewałem się takiego. Jest orkiestrowo, mamy skrzypce, stringi, fortepian, flet, bongosy, wokale niczym z "Masters Of The Universe"... Ale dlaczego na koniec? I w ogóle, dlaczego ten utwór znalazł się na albumie?! Nowy album to ma być nowa muzyka!

Charakterystyczne brzmienie Juno Reactor to jedyny walor tego albumu. Szok? Muszę to subiektywnie stwierdzić, że tak. Myślę, że ta przygoda z filmem źle zrobiła grupie. Przeklinam dzień, w którym Ben Watkins zgodził się współtworzyć muzykę do "Matrixa", chociaż wiem z drugiej strony, że tworzenie dla filmu do jedno z jego marzeń... Każdy praktycznie utwór można potraktować w mniejszym bądź większym stopniu jako tło do filmu o zagładzie. Inna sprawa to (ale z tym się już każdy zgodzi) czas trwania całości, który jest zatrważająco niski! A odliczając z niego znane, wcześniej wydane pozycje, to mamy zaledwie sześć nowych kompozycji, trwających łącznie zaledwie około 35(!) minut. To dla mnie niezrozumiałe. Na pewno ten album ma największe szanse spodobać się osobom, którym daleko do psytrance'u. (Dobrze - Juno Reactor skończyło już dawno z psytrance'em, ale niech tak będzie ze względu na sentyment). Pewnie i fani muzyki filmowej będą uradowani. Ale ja nie jestem rad z tego powodu. Tak narzekam i narzekam i narzekać jeszcze mógłbym, bo się zawiodłem - to według mnie najgorszy album grupy: nie do końca podobają mi się melodie, zdecydowanej większości czegoś brak, nie ma tutaj trudnych dźwięków, które w moim przypadku ustanowiły osobisty kult Juno Reactor. Doskonale sobie przypominam, jak to było z wcześniejszymi albumami, z którymi się po prostu dochodziło do pewnego stanu poprzez kolejne przesłuchania. Do momentu w którym mogłeś powiedzieć w myślach: "Tak, teraz już rozumiem, rozumiem ten klimat, poznałem tę tajemnicę, mogę od teraz się nią delektować". "Labirynth" jest pod tym względem płytki. Większość utworów jest jednoznaczna, nie pozostawia pola do popisu wyobraźni - jest tak i tak i tak ma być...

Jestem od Juno Reactor uzależniony jak Hallucinogen od LSD. "Labirynth" to bogaty album. Epika narysowana od nowa. Perfekcyjny mastering. Tony łatwo przyswajalnych dźwięków. Dobra kolejność do ósmej ścieżki. Cudne "Conquistador Part 1" oraz "Mutant Message". Juno Reactor to Juno Reactor...

ocena 4/5
RB, 2005