Start Autor Kontakt
(aktualizacja tekstu: 06/06/07) JUPITER 8000 - TWISTED BLISS
Jupiter 8000 - Twisted Bliss Wydawnictwo: Avatar Records
Rok wydania: 2004

01. Cylent Storm
02. 101 And Still Alive
03. Dust To Dawn
04. Atem (Remix)
05. The Memory
06. Inside
07. Break The Law
08. Bit Fire
09. New Moon
10. Rubber Dub



Jest to pierwszy album wyprodukowany przez Borisa Blenna (znanego najbardziej z projektu Electric Universe), który prześwietlił laser mojego muzycznego sprzętu. Wiele słyszałem o niezwykłości muzyki jaką tworzy, lecz dopiero teraz dostałem szansę by samemu wydać opinię - co prawda o innym jego projekcie, którego album "Twisted Bliss" to dopiero (albo już - jak kto woli) drugi album jako Jupiter 8000, po aż pięciu latach przerwy. Jupiter 8000 został utworzony latem roku 1999. To wówczas ukazał się premierowy album tego projektu, o nazwie "Jupiter 8000", po prostu. Tak długi okres czasu mógł wpłynąć niekorzystnie na Borisa, ale jako że ten wciąż produkował albumy m.in. jako rzeczony już Electric Universe, nie martwiłem się w ogóle o jego formę. Tak naprawdę to słowo "w ogóle" chyba za mało oddaje mój wcześniejszy stan jeśli chodzi o jakiekolwiek obawy - absolutnie nie martwiłem się o poziom "Twisted Bliss" - tak już chyba lepiej. Powód? Bardzo prosty - w tym samym roku wydał album "Cosmic Experience" (Electric Universe), album ze wszech miar udany i spełniający, a nawet przewyższający, oczekiwania według osób, które miały z nim styczność. "Cosmic Experience" to album bardzo dobry, album, którego niestety jeszcze nie przesłuchałem... Ale przesłuchałem "Twisted Bliss".

Pierwszy track, oprócz tego, że jest zdecydowanie spośród reszty najdłuższy, to zawiera w sobie - można chyba tak powiedzieć - dwa utwory w jednym. Zwyczajnie tak różne są od siebie te części, a poza tym w pewnym momencie (5:44) następuje zatrzymanie i powrót do części pierwszej: jakby bardziej optymistycznej, chociaż ogólnie całość ma taki sam wydźwięk. Bardzo ładnie brzmi padowa melodia pod koniec kompozycji, ale jeszcze piękniej jest tu podczas, astralnej niemalże, chwili ze wspaniałą goa-melodią w roli głównej. Utwór numer dwa jest z kolei najkrótszy, troszkę nudny - ale przez to, że nie trwa nawet sześciu minut to nie wychodzi mu to na złe aż tak bardzo. Końcówka wprowadza się w nurt tracka wyśmienicie, jej masywność każe mimo wszystko dobrze wspominać "101 And Still Alive". Pełno tu acidowych loopów i energetyczności, tak więc w te akurat miejsce na albumie wpasował się track dobrze. Rozgrzewa... Teraz mamy najlepszy utwór płyty moim zdaniem. "Dust To Dawn". Posiada on atmosferyczny pad i niecodzienną melodię. Do wad zaliczę jedynie wejście stopy na samym początku. Burzy to nieco klimat (który wylewa się potem i tak galonami), bowiem wspomniany kick wchodzi po prostu ot tak. Ale prawdę mówiąc kompozycja jest tak świetna, że ta jedyna wada tego kosmicznego tracka nawet ową wadą... nie jest. Zapomina się o tym niedociągnięciu - że użyję takiego określenia. Tak jak wcześniej, też i tutaj porywa energia zawartych dźwięków. Ścieżka czwarta rozpoczyna się od paru filtrów przykładających się w całej swej filtrowatości do głównego motywu, który ciągnie się niemal przez cały czas trwania ścieżki. Jest przez to monotonnie, acz w sumie ta melodia przyjemnie się kołysze w towarzystwie obowiązkowych acidów, padu i kilku naprawdę niezłych rozwiązań aranżacyjnych.

"The Memory" jest dobry, ale też monotonny. Szczególnie udane są pierwsze sekundy. A co w środku? Optymizm mieszany z nostalgią, trochę wokalu (acz pasującego). Ogólnie prawie na poziomie całego albumu. Świetna produkcja to "Inside". Zaraz po "Dust To Dawn" jak na razie. Jedyną wadą jest wciąż powtarzająca się i powtarzająca melodia, lecz cała reszta zgrabna: znakomicie wpleciony wokal, kosmiczny klimat, energetyczność, perkusja - głównie ta początkowa, przejścia. Ten ostatni aspekt tyczy się także, prócz kilku niechlubnych wyjątków, pozostałych tracków. Jednoznacznie stwierdzam, iż "Break The Law" to najsłabsza kompozycja krążka. Zbyt optymistyczna i tak perfekcyjna pod względem jakości masteringu, że po raz pierwszy w życiu uznałem to za wadę. Chociaż parę motywów jest najzupełniej udanych, to właśnie zbyt radosny klimat stanowi główny czynnik "odrzucający" mnie od tego utworu. Nawet nie mówię o pewnym nieudanym przejściu, który wytraca z psytrance'owej równowagi; obrazowo to będzie tak: przyjemny początek, upływa minuta i wszystko gaśnie - wchodzi krótki (pięciosekundowy) kobiecy monolog, no i beat z cała resztą... Ale i tak przyjemnie się słucha. "Bit Fire" to maksymalna rzeź z gitarami i bębnami. Zdecydowanie różniący się utwór od tych poprzednich. Charakterystyczny jest też pojawiający się z początku sampel - na moje ucho to drukarka, ale to tylko domniemanie - oraz dziwnie brzmiąca gitara. Atmosfera jest mroczna i z końca dająca wręcz furystyczny przegląd wszystkich wcześniej użytych w tym tracku dźwięków (prócz "drukarki"). "New Moon" to następne nagranie nawet bardzo odbiegające od pozostałych. Tytuł ścieżki mówi wszystko o klimacie, który wylewa z głośników - zresztą nie po raz pierwszy na tym albumie. Aranż zmienia oblicze; świetne przejścia. Jest wspaniale... Ostatni track jest wolny i ma w sobie to wszystko, co taki wieńczący album utwór powinien posiadać: melodyjność, pewną dozę błogości, snu. "Rubber Dub" to fenomenalny utwór, który chyba nikomu nie ma prawa się nie spodobać.

Ogólnie rzecz biorąc, pomimo monotonii w paru z zawartych na tym albumie utworów, paradoksalnie - zbyt momentami dobrej jakości dźwięku, oraz zbytniej pogodności jak na mój gust, mogę stwierdzić, że perfekcyjne wręcz wykonanie od strony technicznej i kilka bardziej dobrych motywów w połączeniu - jednak, co znów paradoksalne - z różnorodnością, plasuje tę pozycję w wykonaniu Borisa Blenna na wysokim miejscu w produkcjach prezentujących melodyjny psytrance za rok 2004. Bardzo dobry album.

ocena 4/5
RB, 2005