
Wydawnictwo: Flying Rhino Records
Rok wydania: 2000
01. 1920
02. 1947
03. Won't Belong
04. Breathless
05. The Religion
06. Down On Earth
07. Closer
08. CircleMakers
09. Bad Seed
10. Lunar Lammas
Paul Baguley i Sonya Bailey to nie tylko życiowi partnerzy, ale też muzyczny duet znany jako ManMadeMan. I choć nie była nigdy ich grupa zaliczana to tych najwspanialszych, które wyznaczały nowe kierunki, wzniecały jakieś rewolucje, to niekiedy skutecznie potrafiła odłączyć myśli słuchaczy od spraw przyziemnych i pozwolić im wznieść się ponad nie, dostarczyć piękna psytrance'u, ulecieć w obłoki zadowolenia - i niekiedy nawet w te najdalsze, najtrudniej dostępne obłoki, gdzie dźwięki przeistaczają się w trans...
ManMadeMan to projekt znany już od 1996 roku, gdy zaczął wydawać swe winyle oraz utwory na kompilacje wydawnictw tak uznanych (swego czasu, oczywiście) jak Matsuri Productions czy Brand New Entertainment. Dopiero w 2000 roku ci brytyjscy artyści wydali swój pierwszy album - "Lovetechnology" we Flying Rhino Records. Do tego momentu świat sceny usłyszał już ponad 20 utworów tego aktu! Brzmienie tych produkcji było bardzo zróżnicowane - od czystego goa ("Angel Hair") po kompozycje niemelodyjne: z wpływami stylów szorstkich ("Feeler").
Ale mamy już "Lovetechnology". Przykładem obiektywnie wspaniałej kompozycji z tej płyty, która zaczaruje pewnie każdego, jest ostatni utwór - "Lunar Lammas". Utwór ten początkowo jest jak smutne goa, w kolejnych minutach, przy asyście świetnie dobranych sampli i efektywnie wprowadzającego energię bassu, dociera do nas zakręcona melodia, która w końcowym etapie psychedelizuje się, aranżacja się wtedy idealnie dopełnia i następuje efektowny, halucynogeniczny wystrzał szczęścia, który trafia w samo serce. I chce się rzecz: ManMadeMana kocham. Jednakże, gdy zaczniemy drugi raz przesłuchiwać płytę, pytanie: dlaczego równie cudownych dzieł nie ma wcześniej, towarzyszyć nam będzie i to ono może spowodować, że album zniknie z naszej pamięci za kilka lat. A zapomnienie to największa boleść dla każdego artysty...
Opiszę więc dziewięć pierwszych kompozycji. "1920" to świetny wstęp do albumu, gdyż przy ambientowych plenerach apokalipsy wkraczamy w nie za szybkie, acz adekwatne na start, rytmy. Warto zwrócić uwagę w muzyce ManMadeMan zwłaszcza na bass i aranżacyjne pomysły - już w tym utworze popisuje się duet nimi w przyjemny i nieodtwórczy sposób. Utwór numer dwa to "1947". Cały track to jedna wielka zabawa z aranżacją: jest ciekawie łamliwa, cybernetyczna, nie za szybka. W tle jak zawsze coś się dzieje; to również uniwersalna cecha ManMadeMan. Bardziej melodyjne terytoria rozrysowuje przed nami "Won't Belong". To bass jest melodyjny, tło nawiedzają trochę mroczne sample. Główny motyw ścieżki zbudowany jest na rytmicznych samplach głosów (bardzo interesujące). Tempo mieliśmy do teraz w granicach 130 BPM, od teraz będzie szybciej. "Breathless" to chyba najmniej charyzmatyczny track płyty. Jego dynamika wydaje mi się zbyt sztywna, a zawarte sample chwilami zbyt chaotycznie zaaranżowane. Mroczność to "The Religion". Utwór jest jakby mieszanką psytrance'u i techno. Jest psychedelicznie (zwłaszcza w końcówce, wtedy też jest optymistyczniej), zaś rytmika narodziła się jakby w pełni zautomatyzowanej fabryce, gdzie wszystkim dyrygują roboty.
Utworem numer sześć jest "Down On Earth". Do 25. sekundy jest oczekiwanie, w 25. sekundzie kicki zwiastują uregulowaną aranżację, z którą progresywnie dojdziemy do finału; progresywność to też jedna z uniwersalnych cech ManMadeMan. Finał ów to psychedeliczny guz: dźwięki się zbierają i ustawiają jak w cyrku jeden nad drugim tworząc w tym akurat muzycznym przypadku zakręconą, małą symfonię ManMadeMan. Największa wada kolejnej kompozycji, "Closer", to bass. Dzięki niemu wymowa utworu jest bardziej zrobotyzowana, ale przydałaby się tu płynność. Mamy w efekcie track w stylu, acz generalnie gorszy od, "Breathless": wiele dźwięków, które mogłyby być lepiej zorganizowane. "Circle Makers" to już żyła psytrance'em płynąca. Na tym przykładzie mogę stwierdzić, że sama obecność energicznego bassu wnosi dużo pozytywów. Aranżacja jest typowa dla tej płyty, tzn. dzieje się wiele, ale bez obecności jakichś głównych motywów. "Bad Seed" powiela najgorszy schemat utworu ManMadeMan: sztywny bass i brak celowości - kompletnie nie wiadomo gdzie się zmierza do około połowy utworu, dopiero wtedy duch psytrance'u przejmuje kontrolę nad konstrukcją i coś szalonego się rodzi.
Obietywnym minusem tej muzyki ManMadeMan są niektóre sample męskiego głosu. Gdy wkraczają one w przestrzeń dźwięków ("1920", "1947"), odczuwa się ich słabszą jakość w kontekście pozostałych dźwięków. Ale największy minus to brak szerokiej gamy wciągających motywów. Głównie wprowadzona jest tu emocjonalnie neutralna "technologia" - muzyka jest przede wszystkim jakby wyobcowana z ludzi, stechnicyzowana. W tym kontekście kompozycja "Lunar Lammas" brzmi tak organicznie, że można się z nią kochać.

RB, marzec 2008