Start Autor Kontakt
(aktualizacja tekstu: 06/06/07) PRODIGAL SUN - DO NOT PANIC!
Prodigal Sun - Do Not Panic! Wydawnictwo: Afterburn Records
Rok wydania: 2003

01. Morph
02. Do Not Panic!
03. White Ones (Remix)
04. Life Mission
05. Sunspot
06. Space Crawler
07. Stardate 4-5-6
08. Vision Guitar
09. Lost Soul




Oho! Kolejny statek kosmiczny zbliża się do orbity naszej planety psytrance'u! Tak więc - panie i panowie - przygotować się do akcji! Nie mamy zbyt wiele czasu - jedynie niecałe 69 minut! Masywny pojazd okraszony wizerunkiem niezidentyfikowanego osobnika na tle żółto-różowo-czerwono-niebiesko-fioletowo-czarnej pościeli zakrzywionych i plamistych barw, pędzi ze średnią prędkością rzędu 144,3(3) BPM! Za sterami pojazdu: James Sheppard oraz Roger Mumford (znany też jako Psy-Digital)! Nazwa ich statku to Prodigal Sun, zaś towar który przewożą tym razem a który to musimy zeskanować to "Do Not Panic!", drugi - po wydanym rok wcześniej "Twisted Harmonics" - album duetu, który po nieprzyjemnych perturbacjach z różnymi wydawnictwami postanowił w końcu utworzyć swój własny label o nazwie Afterburn Records, i w którym to krążek "Do Not Panic!" został wydany w roku 2003...

#01. "Something for your mind, your body and your soul" - tekst ten wypowiadany po paru chwilach od startu utworu "Morph" przez kobietę (chociaż trafniej pasowałoby stwierdzić: kobietę-androida) wyśmienicie zapowiada zawartość albumu, a także idealnie scala całość w tym właśnie stwierdzeniu - ale o tym przyjdzie jeszcze czas powiedzieć we wnioskach, teraz zajmijmy się analizą. A jest to psychedeliczna kompozycja o nicpońsko-funkującym klimacie, z wieloma bardzo przyjemnymi dźwiękami oraz ekstatycznymi pętlami, z których kilka wpasowuje się do siebie wręcz idealnie, na przykład melodia o linii identycznej z linią bassu, czy króciutki sampel-melodia pojawiający się nawet nie wiadomo kiedy, świadczą o tym, że mówię prawdę. Doskonała, chwilami powabna kompozycja, ale niepozbawiona wad.

#02. Jak na utwór tytułowy - nie podoba mi się. Głównie to wina za płytkiego bassu; brak tutaj też kilerskich motywów, jakich dość dużo w innych trackach. Jednakże szczególny plus należy się za pewien bardzo naelektryzowany motyw. Poza tym mamy tu sporą dawkę acidu, na którą tylko nieliczni będą narzekać. Oczywiście nielubujący się w tego typu psytrance'ie. Dynamika płyty wzrasta, przejdźmy więc do następnej ścieżki wypalonej na kompakcie, bo jest bardziej godna uwagi.

#03. Jest to remix utworu "Little White Ones" z debiutanckiego krążka duetu. "White Ones (Remix)" posiada bass o wiele mocniejszy, niż ten zawarty w poprzedniej dwójce tracków. To na pewno też najpotężniejszy pod względem mocy track na tej płycie. Na końcu owa moc roznosi wszystko swą skumulowaną energią - wręcz fanatyczną, nieposkromioną. Truizm - całość jest bardzo ostra i zakręcona. Fenomenalnie brzmi w pewnej chwili konwersacja dźwięcznych acidowych loopów, jakby znajdujących się w ładowni pędzącego z gigantyczną prędkością statku kosmicznego.

#04. Numer ten natomiast posiada przepotężne wejście głównej (chociaż wydaje mi się, że w twórczości Prodigal Sun nie ma "głównych") melodii z dźwiękiem syntezatora z "No One Ever Dreams" Astral Projection, i z samym przejściem (do wspomnianego motywu) cudownym jak wejście acidowego kilera w utworze "Alien Disco" Cosmosisa. Na lekki minusik zapisuję wydźwięk bassu i taki pewien sampel wielokrotnie powtarzający się, a moim zdaniem niepasujący zbytnio do atmosfery utworu, a który to chyba i tym z was, którzy przesłuchali/przesłuchują/będą przesłuchiwać album nie przypadnie do osobistych norm zalety w psytrance'ie.

#05. Początek jak zawsze u Prodigal Sun: kwaśny, kwaśny, kwaśny, kwaśny, kwaśny, kwaśny, kwaśny i kwaśny! Następnie dochodzą oczywiste elementy - jak bass i beat, z tym wyjątkiem, że w tym tracku dzieje się to wolniej, bardziej stonowanie. Bardzo dobry bass przez cały czas i fenomenalny acid brzmiący jak wynurzanie się z wody tworzą kolejny wyśmienity, najbardziej spośród tu zebranych wyrafinowany numer z największą ilością odniesień do goa - przez to (czyli przez melodyjność) mamy szansę złapać oddech przed następnymi, wyczerpującymi utworami.

#06. Bass tutaj niestety przypomina ten ze ścieżki drugiej. Gorszy od poprzednich ale i tak trzymający wysoki poziom płyty track. W tym właśnie utworze zawarto, jak na mój gust, najwięcej "przeszkadzajek" w osiągnięciu szczytu. Ale - energetyczny sąsiad bassu to świetna sprawa, zaś acid w końcówce... fantastyczny! Tak więc nie jest aż tak źle, jak z trzecim od końca utworem z tego albumu.

#07. Wstępna melodyjka (wznoszące się i opadające "bipanie") oraz późniejsza, trochę zbyt sterylna i statyczna, melodia są niezbyt przyjemne, niestety. Jeden sampel jest po prostu głupi - wchodzi w momencie, gdy utwór przechodzi jakby do swej drugiej części - gdzie też znajduje swoje miejsce w okopach ta druga, nieprzemyślana w ogóle według mnie melodia; w tym samym czasie także bass zaczyna dziwnie kuleć, na nieszczęście. Gdyby tylko nie te dwie melodie... Chociaż oczywiście reszta jest co najmniej przyjemna, dla przykładu: monolog i niezwykle klimatyczne pady ładnie oddają tajemniczą naturę przestrzeni kosmicznej.

#08. Najmroczniejszy track. Gdyby ktoś mi wcześniej puścił pierwsze czterdzieści sekund tego utworu, to dałbym głowę uciąć, że to moja ukochana Cydonia. Czyli? Wspaniale. Jak wskazuje słusznie tytuł ("Vision Guitar") mamy tu gitary. Są one wykorzystywane w sposób podobny do tego, w jak czyni to niemiecka grupa S.U.N. Project - dla mnie to plus i zaleta. Plus - gitary brzmią bardzo realnie, były zapewne nagrywane "na żywo". Minus - klimat melodii jest zbyt country. No i jakość tych gitar jest niewspółmiernie gorsza od jakości reszty dźwięków, paradoksalnie to chyba przyczyna zalety. Muszę jednak przyznać, że po kilku przesłuchaniach spodobały mi się, coś w sobie widocznie mają. Oprócz gitar: prosty i wspaniały chór, alienowaty, mocny bass. Tak, to największe atuty przedostatniego tracka, za wyjątkiem jego wstępu - chyba najkwaśniejszego w dziejach tego co w swym życiu słyszałem.

#09. No i mamy ostateczne wyciszenie. Trudno coś o "Lost Soul" powiedzieć więcej oprócz tego, że jest najbardziej spokojny, ma przyjemny bass i nieprzyjemny pewien acid, a na końcu świetny inny acid nieziemskiego pochodzenia. Ciekawy bass zmienia też swą linię w sposób wiarygodny, że tak to ujmę na zakończenie lustrowania drugiego albumu Prodigal Sun.

Raport końcowy. Album "Do Not Panic!" posiada głównie mroczny klimat, ale też, jak prawie każdy kompakt pochodzący z Wielkiej Brytanii, posiada sporą dawkę humoru, tudzież autoironii, którą bardzo trudno nie dostrzec. Największą wadą tej płyty jest mastering. Jak na rok 2003 przystało, jakość dźwięku jest bardzo słaba - album ten brzmi jak wydany w latach... 90. Z jednej strony - skandal, a z drugiej? Jakby nie patrzeć grupa musiała zapłacić w końcu jakąś cenę za odejście od usług potężniejszych labeli. Może jednak się mylę i to ich wina (i osoby odpowiedzialnej za mastering)? Tak naprawdę to nie jest to ważne, gdyż album jest bardzo dobry i ma wiele zalet: jest ultrazakręcony, bardzo energetyczny, kosmiczny, posiada bardzo dużą ilość sampli (chociaż w większości nie różniących się od siebie za nadto, raczej są to wariacje na temat "acid i kwas" - czyli to samo, ale inaczej). Ponadto jest bardzo, bardzo, bardzo psychedeliczny. Sprawdzi się zarówno na open-airowych festiwalach muzyki psytrance jak i w domowych pieleszach ze słuchawkami na uszach.

ocena 4/5
RB, 2005