Start Autor Kontakt
(aktualizacja tekstu: 10/09/07) Shpongle - Are You Shpongled?
Shpongle - Are You Shpongled? Wydawnictwo: Twisted Records
Rok wydania: 1998

01. Shpongle Falls
02. Monster Hit
03. Vapour Rumours
04. Shpongle Spores
05. Behind Closed Eyelids
06. Divine Moments Of Truth
07. ...And The Day Turned To Night






Jak już w debiucie utworzyć album niezapomniany, który będzie bezustannie gloryfikowany i wielbiony? Odpowiedź na to pytanie zna na pewno duet Ronald Rothfield (Raja Ram) - Simon Posford. To debiutancki album ich wspólnego projektu o nazwie Shpongle. Nie trzeba być wnikliwym znawcą sceny, by zauważyć wcześniejszą obecność muzyków na scenie w innych bardzo znanych projektach (Rothfield - The Infinity Project, Posford - Hallucinogen). Jednak ta płyta to ich wspólny debiut będący dla sceny debiutem bodaj najważniejszym w historii. "Are You Shpongled?" to właśnie taki album - niezapomniany poemat muzyki. Płyta, która ukazała się w 1998 roku w brytyjskim Twisted Records, zawiera siedem ścieżek łącznie tworzących 78-minutową mozaikę geniuszu. "Are You Shpongled?" to album przełomowy, bo to chyba on z największą spektakularnością ukierunkował nowy styl, tak zwanego psybientu - będącego połączeniem psychedelii oraz ambientu. Czyli psychedelicznych pomysłów znanych z psytrance'u Hallucinogena w otoczce spokojnych, lewitujących kosmyków ambientu The Infinity Project? Otóż nie. Jest czymś jeszcze innym. Jest czymś nowatorskim: uginającym się pod naporem eklektycznego wiatru i zarazem mocno stąpającym po psychedelicznej glebie ambientu. Została tu zdefiniowana muzyka psychedelicznego chilloutu, jako coś, co nie zna barier w aspekcie inwencji - jako coś, czego środkiem może być każde rozwiązanie i każdy eksperyment.

Ścieżka pierwsza zawiera utwór "Shpongle Falls". Powoli budowana jest tu konstrukcja psychedelicznych imaginacji. Mamy tu leniwą i oszczędną aranżację, która składa się głównie z dubowej perkusji, motywów bujania w obłokach zainscenizowanych przez te fascynujące nuty wydobywające się ze srebrnego fletu Raja Ramy, a przy tym łechtają jeszcze słuch wypełzające syntezatorowe melodie autorstwa nikogo innego tylko Simona Posforda. "Shpongle Falls" to dźwięki ambientowej lewitacji. Atmosfera z trochę sennej staje się wyraźnie ożywiona wraz z kompozycją kolejną. "Monster Hit" wita słuchacza z charakterystycznymi pluskami wody. Dźwięki te następnie kompilują się z dynamiczną i nieustannie modyfikowaną przy pomocy efektów specjalnych perkusją. Nieco przed połową utworu wchodzą quasi-etniczne, kobiece śpiewy; mamy tu również mówione kwestie Raja Ramy. Zaś na końcu zwalniamy ku oazie dubu oraz odlatującym melodią srebrnego fletu. "Monster Hit" przenosi nas w ziemskie, jakby abstrakcyjne, bagnisto-zaliesione rejony. Jest to kompozycja dynamiczna, o której już przynajmniej wspomniana perkusja świadczy o technicznej perfekcji. Utworem kolejnym jest "Vapour Rumours". Już pierwsze sekundy transformują nas w opowieść z pytaniem o możliwość istnienia życia pozaziemskiego. Zastanawiające są kwestie fletu, które z biegiem kolejnych sekund urzekają i tworzą pustynny obraz: nas samych i "pytania". Utwór z początku jest tajemniczy, nieodgadniony. Pierwsze cztery minuty do ambientowa wizualizacja. W etapie następnym, którego najważniejszym elementem jest ta nietuzinkowa, niespotykana nigdy wcześniej w tej palecie stylów perkusja, cała ta opowieść jest kontynuowana z wysublimowaną czułością. Motywy fletu kończą się dopiero po piątej minucie i natychmiast przechodzą w syntezatorowe salta, już po chwili wspomagane przez dawkę optymistyczniejszych brzmień fletu. Ironię duet skrzętnie wykorzystał w tym właśnie etapie z główną melodią, bowiem odczuwalna jest nuta dystansu do alienowatej osi wypowiadanej na początku. Finalne wyrazy tego utworu są uspokajane, do władzy dochodzi flet - i jakże początek kolejnego tracka jest inicjowany? Właśnie z tego motywu generuje się nam nowa wizja - wizja "Shpongle Spores". Jest dubowo, powoli, bez pośpiechu, mamy widok zachodu słońca na widnokręgu - radość przy jednoczesnej obecności smutku, że coś się kończy. Przeistacza się nam to potem w zmierzch. Po kompletnym zaniku słońca na horyzoncie (co w kompozycji sugeruje chwilowa, głęboka ambientowa cisza), wchodzi trochę akustycznych podmuchów gitarowych strun, potem tuzin mrocznych dźwięków w tle oznajmia nam noc już w zupełności.

Nie pozostaje nic innego, jak zamknąć tę rzeczywistość, jeszcze bardziej otworzyć umysł na akustyczny geniusz i przenieść się dalej. A dalej wyobraźnią poczynać dowodzić będzie utwór "Behind Closed Eyelids", który nastawiony jest na ożywioną eksplorację wśród dubowej stylistyki i wielu dziwnych sampli. Po drugiej minucie flet poczyna wysnuwać nuty dochodzące do ekstazy. Po trzeciej minucie uspokojenie i chłód przynoszą jeszcze inne nuty fletu, tym razem jednak niedoprawianego elektroniką. Flet z czasem ustępuje miejsca na pierwszym planie perkusji i wszystkim jej przejawom uwypuklanym przez jej podobne dźwięki. Po piątej minucie ewolucja wymyśla kicki na 4/4. Chociaż tempo całości nie jest oszałamiające, to jednak udziwniona perkusja sprawia wrażenie wyrywające się sztywnym prawom niewysokiego w tym przypadku BPM. "Behind Closed Eyelids" w ostatniej swej części zawiera błyskotliwe zmartwychwstanie początkowych głosów ekstazy. Kompozycja kończy się natomiast z dźwiękami organicznymi. Mamy spokój, a w tle spokoju ogrodowe odgłosy. Przechodzimy do ścieżki następnej. Uwerturę do muzycznej dimetylotryptaminy Shpongle stanowią doskonale zniekształcone sample, jakby mówionej kwestii włączonej wspak, dalekowschodnich wokali w oddali, etnicznych sekwencji, mnisich okrzyków. Po drugiej minucie "Divine Moments Of Truth" na słyszalną płaszczyznę wkracza bardzo prosta - ale wyrażające milion odcieni smutku - melodia. Gdy po trzeciej minucie orkiestrą staje się modyfikowana perkusja to już wiemy, że mamy do czynienia z kolejnym wyrazem genialnych pomysłów tego genialnego duetu. Jeszcze później, przed piątą minutą, wchodzą pozornie zabawnie wypowiadane z melodią litery "d", "m" oraz "t" (legendarne "di-em-ti"). Psychedeliczność osiąga w tym momencie apogeum. Po ósmej minucie nieoczekiwanie, po złożonym, wyrafinowanym przejściu, wkraczamy w rytmy piłkarsko-latynoskie. I jesteśmy niebawem na finiszu. Finiszu bardzo długim. Albowiem kompozycja "...And The Day Turned To Night" trwa dwadzieścia minut bez trzech sekund. Jest ona rozległą, epicką wizualizacją. Na początku słuchamy ukradkiem rozmów będących gdzieś w oddali ludzi. Ten ambient totalny zostaje oczywiście potem przelany na mowę Shpongle. Tysiąc długich nut srebrnego fletu i drone przenoszą nas w ostatni etap podróży: etapu zmroku, pożegnania. W tym utworze znajduje się bilion dźwięków. Perkusja jest przez większość czasu ultradynamiczna, porusza się z prędkością światła, a na dodatek co sekundę się przeistacza. Każda fraza fletowych tematów zawartych w tej kompozycji oblana jest emocjami. Jak zwykle, z typową dla siebie maestrią, Shpongle tworzy szereg muzycznych cegieł, z których efektywnie wznosi potem na przestrzeni kilkunastu minut kolejny monumentalny pomnik nieśmiertelności dla tego swego wymiaru muzyki, muzyki Shpongle - muzyki, dzięki której narodził się ambient w silnych psychedelicznych objęciach tak mocno dotąd nigdy wcześniej niespotykanych.

Arcydzieło. "Are You Shpongled?" to być może najwybitniejszy album w dziejach psychedelicznego chilloutu. Pomimo upływu blisko dekady od daty premiery tej płyty, nietrudno rozsądzić, czy to nadal ona jest najlepsza. Choć może bardziej znaczący jest "Mystical Experiences" The Infinity Project? Chyba nie, bo nie jest tak spektakularny. Może bardziej znaczące są kolejne dwa albumy Shpongle - "Tales Of Inexpressible" oraz "Nothing Last ...But Nothing Is Lost"? Raczej nie, gdyż nie są już tak niejednoznaczne, tajemnicze, odkrywcze. A może płyty izraelskiego Shulmana, czy brytyjsko-francuskiego Entheogenic? Na pewno nie, ponieważ swoim niewątpliwym kunsztem mogą one co najwyżej dorównywać tym kolejnymi wydaniom Shpongle. Zatem wychodzi na to, że to jest najlepszy album w dziejach psybientu, gdyż zawarł w sobie stuprocentowe meritum: spontaniczność, brawurę i nieskończoną głębię. "Are You Shpongled?" to album, który poznać trzeba bezwzględnie. Kolejność tracków jest idealna, rozwój dźwięków jest cudowny, przejścia są perfekcyjne. Atmosfera całości jest zupełnie przepiękna i można ją odkrywać setki razy. Każdy moment, każda chwila, każda sekunda jest inna. Dla osób kompletnie niezaznajomionych z kulturą psychedelicznych dźwięków początkowo może być bardzo, bardzo trudny w odbiorze, ale potem jest już narkotykiem, od którego oderwać się nie można nigdy.

ocena 6/5
RB, wrzesień 2007