
Wydawnictwo: Avatar Records
Rok wydania: 2004
01. Mountains Of The Moon
02. Cosmic Cycles
03. Ritual Mechanics
04. The Mask
05. Breathe Thru It
06. Here He Comes (New Edit)
07. Spiralspheres
08. Life Is A Dance
09. The River
Gdy pierwszy raz przesłuchałem ten album pomyślałem sobie - "Hmmm... Dziwne". Bo "Digitaria" to dziwny album, wręcz mam ochotę stwierdzić, że bardzo dziwny w porównaniu z "typowym" psytrance'em. Płyta jest psychedeliczna, lecz jest też bardzo inna od tego wszystkiego, czego słuchałem wcześniej. Nie wiem - może to wynik tego, że mało słyszałem, a może tego, że The Nommos należy do tak zwanego nurtu undergroundowego, co samo z siebie jest trochę niejasne, przecież już psytrance jest z zamierzenia muzyką undergroundową i... A może jest tak: wraz z kolejnymi nowymi latami chyba nie tylko ja, ale też inni wielbiciele trance'u byli manipulowani przez cały lud "psytrance'owych" muzyków? Ile to już razy i ilu artystów z indywidualnie obranej drogi konwertowało się (niezależnie od wcześniejszych aspiracji) do rządzącego nurtu full-on? Zbyt wiele razy i zbyt wiele projektów "wychodzi z siebie" proponując nam ostatnimi laty w zasadzie mało rewolucyjnych zmian. A ciągle nazywamy to tak samo - teraz czas nazwać prawdziwie rzeczy po imieniu. Jest ktoś, kto się pod tą presją nie ugiął, a nawet są dwie takie osoby, notabene bohaterzy tej recenzji. Goa Gil - prawdziwy trance'owy szaman, z wyglądu absolutnie nieprzypominający stereotypowe didżejskie indywiduum sceny; drugą połową The Nommos, a także życiową "połówką" Goa Gila jest Ariane MacAvoy. Jako ciekawostkę mogę powiedzieć, że Ariane jest niewiele młodsza od Goa Gila i zna się na rzeczy - w tym wypadku na prawdziwie afrykańskich obliczach muzyki, bardziej niż ktokolwiek mógłby przypuszczać (chociaż na tym albumie raczej Gil do głosu jej za bardzo nie dopuszczał). Powtórzę: taki bardzo nietypowy dla osób niezaznajomionych z psychedelicznym światem duet mógłby wydać się co najmniej dziwny i maksymalnie chyba by wzbudzał ciekawość nie tylko tych osób, ale przede wszystkim nas - jaki to muzyczny pejzaż zdołała ta dwójka wykonać? Jak inny od "typowego"?
#01. Pierwszym kawałkiem psychedelicznego tortu jest "Mountains Of The Moon". 140 BPM to normalna prędkość dla trance'owych produkcji i z takim rytmem zaczynamy. W "Mountains Of The Moon" jest mnóstwo pojedynczych, fantastycznych dźwięków tworzących psychedeliczną aurę, jednostajny bass jednostajny, czysto afrykańskie motywy także się znalazły. Czasem też dochodzi wokal (pasujący w zupełności, ale raczej jest to króciutki monolog) uwypuklający tylko atmosferę tytułu tego świetnego utworu, najlepszego z tej płyty.
#02. "Kosmiczne cykle" napędzają koniunkturę tracka kolejnego. 142 BPM, już jest szybciej. Początek typowy: trochę tajemniczości i po kilku sekundach wchodzi bass, znowu jednostajny, znowu szybki, znowu gitarowy i tym razem jakby głębszy. W przypadku tego albumu wady to nie stanowi - bass to na pewno jedna z charakterystyczniejszych cech The Nommos stanowiąca o sile jego motoryki. Czas z tym nagraniem umilają ma się rozumieć nieoczekiwanie wchodzące sample. Tak jak w produkcji pierwszej tak i tutaj mamy trochę (ale mniej niż wcześniej) tribalowych dźwięków i acidowych pętli.
#03. "Ritual Mechanics" przyspiesza - 145 BPM. Szybko wkracza bass, tym razem melodyjny i lekko płytki, mnie nie odpowiada. Reszta jak zawsze, z zastrzeżeniem, że tutaj mamy do czynienia z większą ilością acidów, momentami tak agresywnymi jak psy walczące między sobą na nie do końca oficjalnych turniejach. Całość ma oszczędny wymiar, czym jednak dalej, tym masywność acidów daje o sobie znać na większy wymiar. Jest to gorszy od poprzednich utwór, powiedziałbym, że tylko dobry - wpływ na to ma kilka z tych krótkich dźwięków stanowiących psychedelię.
#04. Track numer cztery i się rozkręca - 146 BPM. Już początkowe chwile wzmogły we mnie przekonanie, że będzie bardzo dobrze, jak w przypadku dwóch pierwszych nagrań; za wyjątkiem kilku motywów się nie pomyliłem. A w środku? "The Mask" to bardzo klimatyczna szamańsko-kosmiczna mina, która sponiewiera każdego, kto na ową minę nastąpi. W odróżnieniu od innych tracków tutaj mamy dość pokaźną liczbę zwolnień, a bębny uzyskały tutaj taką pozycję, jak w "Mountains Of The Moon", pozycję wysoką. Fantastyczna sprawa...
#05. Dalej i mocniej, 148 BPM. Oddech za oddechem - nie powiem, doskonały pomysł na track, a przynajmniej na prolog i epilog utworu (treść też nie jeden raz "oddycha"). Jest dobrze, ale nie ma na to wpływu motyw a'la Infected Mushroom (chociaż jest on tak naprawdę stosunkowo cichy i nie do końca "grzybowy"), ale oprócz wymienionych oddechów, także jeden, szczególnie "drewniany" motyw - jak to inaczej ująć nie wiem, trzeba usłyszeć! Najlepszy jednak jest motyw z rostrzaskiwaną szybą. Generalnie - dość dziwny nawet jak na standardy tego albumu, bardzo mroczny track.
#06. Rozwinięcie. 148 BPM. Początkowe trzy sekundy groźniejsze niż u Dark Soho (a to uwielbiam!). Świetnie wpleciony tekst (tytułowy "Here He Comes" i coś jeszcze) nie współgra niestety z fatalną melodią: ni to goa, ni to inną, po prostu bardzo słabą - bezpłciową, jakiej dawno nie słyszałem. Irytuje też, po raz pierwszy na płycie, zbyt prostacki afrykański motyw sąsiadujący akurat z tą nieudaną melodią. Reszta też coś nie za bardzo "gra". Może to przez fakt, że track ten nie jest pierwszej świeżości? Bez problemu daje się wyczuć skądinąd, że utwór ten nie powstał w tym czasie, gdy przynajmniej tracki wcześniejsze. Chociaż motyw z 6:55 może się podobać... Frustracja - takie ma chyba emocjonalne oblicze. Ale sam utwór niestety beznadziejny.
#07. Akcent albumu, dobiegliśmy do 150 BPM. I jest taki dobry jak przystało na danie główne? Niestety nie. Podobnie jak w "Here He Comes (New Edit)", na łopatki kładzie beznamiętna melodia, zupełnie tak, jakby Goa Gil wrzucił w te miejsce pierwszy lepszy okaz! Od 2:20 mroczny tribal podbija ocenę tego konkretnego utworu, ale... Nie jest tak bardzo dobrze. Z wyjątkiem kilku trochę ukrytych sampli jest wręcz źle, a wszystko to tylko przez główną melodię - gdyby jej nie było to byłoby nawet całkiem dobrze, gdyż jest energicznie, dynamicznie i separatystycznie w porównaniu z 90% innych albumów. Jeszcze co do melodii z tego utworu: nie jest taka do końca zła, ale nie wystrzeliwuje w kosmos jak te znane z Cosmosisa, czy Astral Projection - no ale z drugiej strony, nie wystrzeliwaniem w przestrzeń kosmiczną miały zajmować się tu melodie. Tak mi się przynajmniej wydaje.
#08. Zwalniamy, bo nie wyhamujemy na koniec - 149 BPM. Ten utwór powinien nazywać się nie "Life Is A Dance", ale "Life Is A Trance Dance" (i nie ze względu na jakiekolwiek koneksje z utworem grupy Astral Projection). Nie tyle ten szczególny, ale cały album zawiera w sobie mnóstwo tanecznej magii prowokowanej tylko przez acid i ten niesamowity, dynamiczny feeling. Ale mamy do czynienia z katastrofą w tym przypadku. Winna jest główna melodia... Wystarczy iż powiem tylko, że jest chyba najgorszą ze wszystkich zebranych na tym albumie... A były takie fascynujące perspektywy z początku. "Trance Dance" o którym rzekłem odnosi się oczywiście do reszty: jednostajnego, mocnego (czasem mam odczucie, że trochę siermiężnego) gitarowego bassu, dziesiątek psychedelicznych świstów i kilku kwestii mówionych (a w zasadzie dwóch: tytułowy "life is a dance" + coś jeszcze i szamański wywód - może samego Goa Gila?).
#09. Wolno, lecz i tak błyskawicznie i na przekór wszystkiemu - 147 BPM. Uwagę przykuwa trochę funkowy bass, dla mnie jednak za głośny. To wokół niego i większej ilości afrykańskich motywów jakby tym razem wszystko się toczy. Co? Masakra piłą łańcuchową. Takie określenie chyba daleko od rzeczywistości nie będzie odbiegać w prywatnym odczuciu każdej jednostki, która zmierzy się z "Digitarią". Zaś ten track - nie za ciekawy.
Słowo komercja w żadnym razie nie pasuje do choćby częściowego opisania psytrance'u The Nommos. Jest to olbrzymia zaleta, mając też na uwadze to, ile lat w tym interesie siedzi Goa Gil i to, że trance zna od narodzin, można także szczerze mu pogratulować - tak długoletnia obecność na scenie mogła go sprowadzić na złą drogę. Dla Goa Gila i Ariane liczyła się chyba tylko magia tego undergroundowego trance'u, który skompilowali na tym albumie. Szczerze mówiąc to bardzo ryzykowałem biorąc się za The Nommos - tak jak chyba każdy biorąc się jakikolwiek debiut, o którym wiedział tyle tylko, że współtworzył go ten całkiem niepozorny pan z długą brodą - ale liczyłem na "coś". I nawet pomimo, że te "coś" nie jest tym "czymś", a jest raczej "czymś dziwnym", to i tak z trance'owego krwiobiegu szybko mi nie odpłynie... Na koniec przestrzegam: poziom psytrance'owego liberalizmu trzeba mieć ustawiony bardzo wysoko.

RB, 2005