
Wydawnictwo: Avatar Records
Rok wydania: 2006
01. Shamans Laugh
02. Dance Or Die
03. Dark Tunnel (Birthday Blues)
04. Magma
05. The Forest Never Sleeps
06. Iboga
07. Djembe Folie
08. San Dance
09. Blood Sacrifice
Nie jestem wielbicielem "nowego" dark psytrance'u. Jednakże sięgnąłem swego czasu po premierowy album The Nommos pt. "Digitaria", choć wówczas nie wiedziałem nic o tym stylu; była to pierwsza pełna produkcja z tego nurtu jaką usłyszałem w swym życiu. Duża w tym zasługa samego Goa Gila - jego postać jest ikoną sceny psytrance. Goa Gil to synonim przekraczania wszelkich barier; bynajmniej nie kpię w tym momencie. Darzę wielkim respektem jego postawę i twórczość. Zwłaszcza po przesłuchaniu "Digitarii". Debiut The Nommos (oprócz Goa Gila w skład projektu wchodzi również jego towarzyszka życiowa - Ariane MacAvoy) oceniam bardzo dobrze. Daleko mi do totalnej ekscytacji tego typu odmianą psytrance'u, ale "Digitaria" podobała mi się. Całkiem niedawno obejrzałem krótki, bodaj dwuminutowy, materiał z duńskiej telewizji opisujący Goa Gila. Osoba ta stała mi się jeszcze bliższa. "Taniec to aktywna medytacja" - rzekł Goa Gil. Wydaje mi się to wszystko wiarygodne. Ale z drugiej strony nie rzuciłem się na innych artystów tej dark psytrance'owej sceny i nie usłyszałem choćby sekundy ich twórczości. Nawet mixów Goa Gila nie przesłuchałem (ale tylko - jak do tej pory, bo w niedalekiej przyszłości mam zamiar to jednak nadrobić). Wniosek: "Digitaria" nie przekonała mnie do tego stylu. Zapukałem do drzwi dark psytrance'u, otrzymałem "Digitarię", odszedłem. W 2006 roku ukazał się drugi album The Nommos. Ponownie wydano go w izraelskim Avatar Records - moim ulubionym uptempowym labelu z tego kraju... Czy teraz, po zapukaniu do drzwi ultramrocznego świata odejdę, czy może wejdę do środka?
"Shamans Laugh" to utwór oszczędny, skupiający się na kickach i bassie. Wiele świszczących dźwięków oraz ich mnogość - znak rozpoznawczy dark psytrance'u - poznać jednak można tak naprawdę dopiero na tracku drugim - "Dance Or Die", tracku bardzo mrocznym i ze świetnie dudniącym bassem. "Dark Tunnel (Birthday Blues)" jest jakby rozszerzeniem poprzedniego utworu, również tu mnóstwo podobnych świstów i niezwykle trudnych do odbioru dźwięków dla przeciętnego słuchacza muzyki. Na ścieżce czwartej jest kompozycja już mroczna totalnie. "Magma" ma doskonały początek - nazwa tracka wręcz dokonuje swego urzeczywistnienia się w tej fazie utworu. Zawarte tu płynno-metaliczne i czysto-metaliczne dźwięki są wspaniałe. Środkowym utworem albumu jest "The Forest Never Sleeps". Pierwsze sekundy to swoiste zaproszenie do lasu, jest noc i mrok, jedyne źródło światło znajduje się na nieboskłonie - gwiazd jednak zbyt wiele nie ma. Jest to pierwszy utwór na tej płycie, w którym wyraźnie słychać afrykańską perkusję, acz i tak nie ma jej za dużo, a szkoda. "Iboga" ma fenomenalny... wstęp (już po raz kolejny gloryfikuję tę fazę, ale tu The Nommos prawie nigdy nie zawodzi). Jest to ponadto jeden z tych nielicznych utworów na kompakcie, w którym motyw główny jest jakoś melodyjny. Z kolei "Djembe Folie" to track afrykański - dark tribadelic trance z tego. Motywy Czarnego Lądu są stałym gościem tej kompozycji. Pod względem aranżacji to najbardziej charyzmatyczny utwór na płycie - dźwięki chwilami zmieniają się jak w hiperkalejdoskopie, a brzmi to świetnie. Przedostatni "San Dance" to typowy przedstawiciel dark psytrance'u The Nommos: kick i bass, świst, acidowe, niemelodyjne tło, bilion dźwięków i taneczny pęd; obyło się tym razem bez znaków szczególnych. "Blood Sacrifice" to już ostatni utwór. Na uwagę zwraca silny bass, lekka oszczędność i motywy afrykańskie. Jest to swego rodzaju odpowiednik "Shamans Laugh".
"Primal Meltdown" to album mniej zróżnicowany, aniżeli "Digitaria". Utwory są bardzo do siebie podobne. Brak tu praktycznie melodii (mam też na myśli w tym przypadku "melodii dark psytrance'owych", nie tylko tych konwencjonalnych). Całość obraca się wokół kosmicznych dźwięków; sample są teraz moim zdaniem lepiej wyselekcjonowane. W porównaniu z "Digitarią" nie ma tu już tak wielu tribalowych odniesień. "Primal Meltdown" nie posiada wyraźnie swego najlepszego tracka. Nie posiada również swego wyraźnie najgorszego tracka. Całość wydaje mi się równa, jakby została utworzona w czasie okresu jednej weny twórczej Goa Gila i Ariane. Wydaje mi się ponadto, iż krążek ma wyższe przeciętne tempo utworów... Bardzo trudno słuchać tego albumu w pozycji statycznej. Wówczas męczy. W zasadzie robiła to także "Digitaria", lecz ona posiadała większą charyzmę, większą różnorodność (i była przede wszystkim pierwsza). Oczywiście wiem, że w tym stylu nie to się liczy, nie to jest celem, ale... ja tu tylko zapukałem. Zapukałem do drzwi dark psytrance'u, otrzymałem "Primal Meltdown", odszedłem. Wrócę tu zapewne przy kolejnym albumie The Nommos. Chociaż wcześniej możliwe, iż sprawdzę jakość jego słynnych mixów. Zdanie podsumowania na koniec: "Primal Meltdown" to dobry album na "aktywną medytację", jest radykalny i ortodoksyjny, nie każdemu się spodoba, w końcu - jak dla mnie jest gorszy od "Digitarii".

RB, grudzień 2006